„Spacer Zombie” na krośnieńskim Rynku jeszcze się nie odbył, a już wywołał niemałą awanturę. Fundacja Życie i Rodzina protestuje, zarzuca wydarzeniu „promocję okultyzmu” i przypomina, że na ten sam dzień oraz miejsce wcześniej zgłoszono zgromadzenie różańcowe. Fundacja GraTy odpowiada, że chodzi o oddolną inicjatywę młodzieży: warsztaty, szycie kostiumów, charakteryzację, planszówki i wspólną zabawę. „Trochę sztucznej krwi, trochę cosplayu, a cywilizacja prawdopodobnie przetrwa”.
Reklama
Trudno odmówić młodym prawa do własnych zainteresowań. Horror jest częścią kultury, podobnie jak fantastyka, gry i filmowa groza. Nie każdy, kto przebiera się za zombie, chce kogokolwiek obrażać, a już na pewno nie sposób automatycznie przypisać uczestnikom spaceru intencji antyreligijnych.
Z drugiej strony nie wszystko, co jest zabawą, musi być pozbawione kulturowego znaczenia. A w tej sprawie mamy jeszcze jeden, całkiem przyziemny problem: dwa wydarzenia zaplanowane w tym samym miejscu i podobnym czasie. Od tego warto zacząć. Prawdopodobnie oba wydarzenia po prostu się rozminą!
„My tu byliśmy pierwsi!”
Fundacja Życie i Rodzina nie ogranicza się do wskazania możliwej kolizji wydarzeń. W swojej argumentacji mówi o promocji okultyzmu, zwraca uwagę na religijne symbole na pierwotnej grafice i podnosi kwestię terminu, to „tuż przed uroczystością Wszystkich Świętych”. Podkreśla też, że zgromadzenie różańcowe na Rynku zostało zgłoszone wcześniej.
Fundacja GraTy odpowiada, że spacer nie jest manifestem światopoglądowym, lecz inicjatywą młodzieży, a elementy na pierwotnym plakacie pochodziły z gotowego szablonu graficznego. Po wywołaniu kontrowersji organizatorzy zapowiedzieli zmianę grafiki i usunięcie symboli religijnych. Jednocześnie podkreślili, że nie zamierzają rezygnować z wydarzenia.
„To tylko zabawa, nie musieliśmy znać kalendarza”
W całej dyskusji pojawił się argument, że organizatorzy nie musieli znać kalendarza zgromadzeń, a skoro komuś przeszkadzał plakat, wystarczyło usunąć krzyż. Problem w tym, że zmiana grafiki nie rozwiązuje, ani ewentualnej kolizji wydarzeń na Rynku, ani tła kulturowego motywu „zombie”.
Reklama
Wyobraźmy sobie, że zamiast zombie przez centrum przechodzi grupa kilkudziesięciu osób przebranych za Smerfy albo Gumisie, z muzyką i tańcem. Czy taka grupa mogłaby zakłócać zgromadzenie różańcowe? Oczywiście, że mogłaby.
I tu jest sedno. Nie trzeba rozstrzygać sporów teologicznych, żeby zauważyć, że dwa wydarzenia w tej samej przestrzeni mogą sobie przeszkadzać. Ale do takiej kolizji musi dojść. Spacer ma rozpocząć się o godz. 16.00, na Rynku, ale uczestnicy mają przejść przez miasto do ul. Mickiewicza. Tymczasem zgromadzenie różańcowe zaplanowano na godz. 16.30.

Organizatorzy Spaceru Zombie zapewniają, że w ich zamyśle uczestników nie powinno już być na Rynku o godz. 16.30. Jeśli ten plan zostanie zrealizowany, oba wydarzenia mogą się bez problemu minąć, a obawy o zakłócenie modlitwy stracą wszelką podstawę. Pozostaje pytanie, czy Urząd Miasta, wspierając wydarzenie, znał termin zgromadzenia i uwzględnił ryzyko kolizji, czy też nikt nie zwrócił na to uwagi.
Do Urzędu Miasta Krosna skierowałem pytania o to, kiedy uzyskano informacje o obu wydarzeniach, czy dostrzeżono możliwość kolizji i czy próbowano skoordynować ich przebieg. Nie chodzi o to, by miasto rozstrzygało, która grupa ma ciekawsze zainteresowania albo bardziej słuszne poglądy. Chodzi o zwykłe zarządzanie wspólną przestrzenią.
Reklama
Zombie to nie Smerfy, ale nie każdy zombie to okultysta
Przyznam się do pewnego zawodowego skrzywienia: w kwestii zombie jestem niedyplomowanym ekspertem. Prowadziłem na ten temat liczne prelekcje, także podczas wydarzeń organizowanych przez Fundację GraTy. Przeczytałem sporo książek, obejrzałem niemal wszystkie filmy i seriale w tej konwencji. I uważam, że zombie to bardzo ciekawy i wartościowy element popkultury, choć, jak w każdym gatunku, obok dzieł znakomitych są również słabe.
Warto jednak wiedzieć, skąd wzięła się współczesna konwencja zombie i co właściwie oznacza.
„Stara szkoła” zombie, obecna w kulturze popularnej już w pierwszej połowie XX wieku miała podłoże okultystyczne, ale nie miał nic wspólnego z „zombie apokalipsą” czy „przemarszami hordy”. I to nie ten nurt ukształtował współczesną wizję zombie, którą znamy z filmów, seriali, książek i gier, a do której nawiązuje „Spacer Zombie”.

Tę wizję ukształtował George A. Romero i jego film „Noc żywych trupów” z 1968 roku oraz kontynuacje. W tej konwencji zombie nie muszą być skutkiem rytuału, klątwy czy działania sił nadprzyrodzonych. Są plagą, która rozsadza społeczeństwo od środka. Zmarli wracają, tworzą hordy, wychodzą na ulice, a żywi próbują przetrwać w świecie, w którym przestają działać jakiekolwiek normy społeczne i moralne.
To właśnie z tym nurtem związane jest słynne zdanie ze „Świtu żywych trupów” Romero: „Kiedy w piekle zabraknie miejsca, zmarli będą chodzić po ziemi” (co świadomie sparafrazowałem na potrzeby tytułu tego felietonu).
Nie jest to opowieść o promocji okultyzmu. To wizja apokalipsy, która może być przerażająca również dlatego, że nie wymaga żadnego demonicznego sprawcy. Zagrożenie pojawia się, a ludzie muszą zmierzyć się z jego konsekwencjami. Czy oznacza to jednak, że współczesne zombie są kulturowo neutralne? Absolutnie nie.
Zmartwychwstanie na opak, kanibalizm i koniec zasad
Motyw zombie mocno kontrastuje z chrześcijańskim rozumieniem śmierci, godności człowieka i zmartwychwstania. Zmarli wracają, ale nie odzyskują życia. Nie powracają jako osoby, którym przywrócono godność i człowieczeństwo. Ich ciała stają się zagrożeniem, przedmiotem grozy. Wielu bohaterów tych horrorów to osoby wierzące, konfrontujące się z czymś, co jest dla nich jak otwarcie wrót piekieł.
Nie dziwi mnie, że dla osób wierzących, które nie znają tego gatunku, stylistyka zombie i związana z nią tematyka mogą być niepokojące, a nawet szokujące. Taki jest przecież horror: ma budzić lęk, konfrontować odbiorców z tym, co odpychające, naruszać poczucie bezpieczeństwa i stawiać pytania, od których na co dzień wolimy uciekać. Daleki jestem więc od wyśmiewania tego, że element kultury wywołał emocje, które w dużej mierze właśnie ma wywoływać. Można nie lubić horroru, można czuć się nim urażonym czy zaniepokojonym. Czym innym jest jednak taka reakcja, a czym innym przypisywanie twórcom i uczestnikom wydarzenia intencji, których nie sposób wykazać.
To nie są „Troskliwe Misie”. W zombie horrorze pojawia się kanibalizm, profanacja ciała, rozpad więzi społecznych i sytuacje, w których bohaterowie muszą podejmować skrajnie trudne decyzje etyczne. Czy wolno poświęcić jedną osobę, by ocalić grupę? Czy należy ratować kogoś, kto może stanowić zagrożenie? Czy w świecie, w którym zniknęły instytucje i dawne normy, nadal obowiązują te same zasady moralne?
To nie są przypadkowe ozdobniki. W wielu opowieściach o zombie właśnie rozpad społecznych i moralnych reguł jest ważniejszy jak sama walka z hordą trupów.
Nie trzeba zresztą sięgać po kino dla dorosłych. Nawet planszówki o tematyce zombie potrafią podejmować trudne kwestie psychologiczne i etyczne. W grze „Martwa Zima”, szczególnie w dodatku „Długa Noc”, występują treści, których ciężar nie sprowadza się do makabrycznych ilustracji. To między innymi dlatego w takich grach można spotkać ostrzeżenia dotyczące trudnej tematyki, a nawet dodatkowe karty, z których użycia gracze mogą zrezygnować ze względu na ich psychologiczny ciężar.

Kultura i sztuka mają pełne prawo poruszać takie tematy. Horror nie musi być grzeczny, a popkultura nie ma obowiązku unikać wszystkiego, co może budzić niepokój albo sprzeciw. Nie ma też powodu, by każdy fan zombie musiał tłumaczyć się z zainteresowania gatunkiem.
Ale udawanie, że zombie to dokładnie to „po prostu cosplay”, również nie ma sensu. To zestaw skojarzeń, symboli i znaczeń, które jak widać, wywołują silne reakcje.
Fundacja Życie i Rodzina nadinterpretuje jednak te znaczenia, gdy z samej konwencji próbuje wyprowadzać wnioski o intencjach organizatorów. Zarzuty, że młodzież zamierza kogokolwiek obrażać są zdecydowanie na wyrost. Nie można pomijać kulturowego kontekstu zombie ani pytań o społeczeństwo, moralność i granice człowieczeństwa, które stawia przed nami ten gatunek horroru. Nie oznacza to jednak, że twórcy filmów o zombie podejmują te tematy po to, by kogokolwiek obrazić. Tym bardziej nie można automatycznie uznać, że wydarzenie nawiązujące do tej konwencji stanowi obrazę czyichś przekonań.
Czy miasto wiedziało, co finansuje?
I tu dochodzimy do pytania, które interesuje nas najbardziej. Spacer Zombie odbywa się w ramach miejskiej inicjatywy „ObudźMY Miasto!”. Miasto angażuje się w przedsięwzięcie i wspiera je finansowo, dlatego zapytaliśmy Urząd, czy przed podjęciem decyzji o przyznaniu wsparcia znał kulturowy i religijny kontekst tej konwencji.
Czy urzędnicy wiedzieli o jej apokaliptycznej symbolice, odwróceniu motywu zmartwychwstania, kanibalizmie, naruszeniu godności zmarłych i wizji świata, w którym rozpad norm społecznych i moralnych zmusza ludzi do podejmowania skrajnych, etycznie kontrowersyjnych decyzji? Czy też potraktowali wydarzenie wyłącznie jako niewinną zabawę, podobnie jak spotkanie z „Troskliwymi Misiami”?
Nie twierdzę, że miasto powinno zakazywać horroru albo odmawiać wsparcia każdej inicjatywie kulturalnej, która wykorzystuje kontrowersyjne motywy. Nie uważam też, że w tej sprawie samorząd ma za co przepraszać. Interesuje mnie coś innego: czy przy podejmowaniu decyzji o wydawaniu publicznych pieniędzy urzędnicy analizują nie tylko atrakcyjność wydarzenia, ale również jego kontekst kulturowy, symbolikę i możliwe ryzyka wizerunkowe.

To nie jest pytanie wyłącznie o zombie. Podobne dylematy mogą pojawić się przy wspieraniu wydarzeń muzycznych, festiwali, kampanii promocyjnych czy imprez dla dzieci.
Dobrym przykładem jest niedawna sytuacja na warszawskim Bemowie. Podczas imprezy „Back to School”, skierowanej przede wszystkim do młodzieży, wystąpił pewien raper. Po kontrowersjach związanych z wulgarnymi treściami ze sceny władze dzielnicy przeprosiły i zapowiedziały zaostrzenie procedur weryfikacji artystów zapraszanych na wydarzenia dla młodych odbiorców.
Hip-hop jest ważną częścią współczesnej kultury i może być elementem tożsamości oraz promocji dzielnicy. Bemowo bardzo silnie związało swoją markę właśnie z hip-hopem. Nie oznacza to jednak, że każdy wykonawca, każdy repertuar i każda forma występu pasują do każdego wydarzenia. Organizator, który zaprasza artystę, powinien wiedzieć, czego może się po nim spodziewać.
Podobnie jest z innymi motywami kultury. Nie chodzi o cenzurę, ani o tworzenie urzędniczej komisji do oceniania sztuki. Chodzi o świadomość, że decyzja o wsparciu publicznym to coś więcej niż stwierdzenie: „będzie ciekawie, młodzież się pobawi”.
Jeśli urzędnicy znali kulturowe tło zombie i świadomie zdecydowali się wesprzeć wydarzenie, oznacza to, że zaakceptowali również pewne ryzyko związane z jego odbiorem. Jeśli go nie znali, warto zapytać, na jakiej podstawie oceniali przedsięwzięcie. „Ignorantia culpa est„, jak mawiali Rzymianie, czyli niewiedza jest winą, zwłaszcza gdy ktoś podejmuje decyzje w imieniu wspólnoty i wydaje jej pieniądze.
Czekamy na odpowiedź Urzędu Miasta.
„Gdy brakuje żywych, na Rynek wychodzą zmarli”
Krosno mierzy się z problemem wyludniania, a wieczorami życie w centrum potrafi zamierać. Na Rynku często jest pusto. Potrzeba pomysłów, które sprawią, że mieszkańcy będą chcieli wychodzić z domów, spotykać się i korzystać z miejskiej przestrzeni. Na ten problem odpowiada inicjatywa „ObudźMY Miasto”.
Ale nazwa programu nabiera w tej sytuacji szczególnej przewrotności. Skoro żywych coraz trudniej spotkać wieczorem na ulicach, może trzeba sięgnąć po rezerwy? Zombie przynajmniej zapowiedzieli, że przyjdą na Rynek.

