„Rosyjski atak może zakłócić zawody w Krośnie”, to fakt. I nie chodzi nawet o to, że rosyjski pocisk może choćby zbliżyć się do Krosna, czy w ogóle wlecieć do Polski. Problem jest całkiem inny. Przypominamy: działania Rosji już zakłóciły w tym roku Puchar Gordona Bennetta – Międzynarodowe Zawody Balonów Wolnych.
Premier Donald Tusk mówił o spodziewanych celowych, atakach dronami i rakietami na państwa wspierające Ukrainę, w tym Polskę. Twierdzenia premiera nie są bezpodstawne, ponieważ jest już niemal pewne, że rosyjski pocisk Ch-101, który 30 lipca „spadł” na pole w Tarnawie-Kolonii na Lubelszczyźnie, był tam skierowany celowo. Dlatego gdy Rosja atakuje Ukrainę, Polska nie może po prostu bezczynnie patrzeć w niebo. Uruchamia własną obronę powietrzną i lotnictwo wojskowe, a cywilny (w tym sportowy) ruch lotniczy może zostać ograniczony. To uzasadniona reakcja, w innym wypadku, gdyby doszło do nieszczęścia ktoś by słusznie zapytał rząd: „A gdzie była nasza obrona?! Spaliście?! Dlaczego nie wystartowały myśliwce?!”

Dlatego nie śpią, dlatego reagują. I tu ciekawostka z geografii, Krosno leży w województwie graniczącym z Ukrainą. W efekcie w ostatnim tygodniu w rejonie Krosna mieliśmy dwa przykłady alarmów ograniczających ruch powietrzny: 16 i 17 września.
17 września sytuacja była szczególnie poważna. Po rosyjskim ataku na zachodnią Ukrainę RCB wysłało miedzy innymi mieszkańcom Krosna i powiatu krośnieńskiego komunikat: „Zagrożenie atakiem z powietrza. Znajdź bezpieczne miejsce”.
Nie piszemy, że „Rosja zaatakuje Krosno”
Piszemy, że rosyjski atak na Ukrainę może uruchomić polską reakcję obronną, która wpłynie na możliwość wykonywania lotów w Krośnie i okolicy. I taka sytuacja będzie miała miejsce nawet wtedy, gdy żaden pocisk, albo dron w ogóle nie wleci w polską przestrzeń powietrzną.
Umówmy się, zazwyczaj takie działanie miałoby minimalny wpływ na życie w Krośnie. Ale to ma znaczenie dla akurat rozpoczynających się Balonowych Mistrzostw Świata, których program przewiduje po dwa loty dziennie, rano i po południu od 20 do 24 września. Ponadto w programie są pokazy lotnicze.
Związek przyczynowo-skutkowy jest prosty. Jeśli w dniach zawodów Rosja atakuje zachodnią Ukrainę, to Polska uruchomi obronę powietrzną. W efekcie przestrzeń powietrzna nad województwami Lubelskim i Podkarpackim może zostać ograniczona dla lotów innych niż wojskowe, a wtedy także loty balonowe albo pokazy lotnicze mogą zostać wstrzymane.
To nie jest straszenie rosyjskim atakiem na Krosno. To jest informowanie o realnym ryzyku dla zawodów, wynikającym z sytuacji zagrożenia za naszą wschodnią granicą. To jest poinformowanie, że może dojść do sytuacji, w której baloniarze mogą pilnie szukać miejsca do lądowania na Twoim polu.
Balon porusza się powoli, a jego kierunek lotu jest zależny od wiatru. Nie może po prostu szybko opuścić wyłączonej przestrzeni, ani nie może poczekać, aż przeleci zagrożenie. Jeśli wojsko zamyka przestrzeń powietrzną, zawodnicy muszą zostać na ziemi, a jeśli już byli w powietrzu, to „przyziemić balon”, czyli wylądować.

Prawdopodobieństwo, że obecna sytuacja wpłynie na którąś z konkurencji balonowych, jest niestety wysokie. Każdego dnia zawodów zaplanowano dwa loty konkursowe, z których każdy może trwać do około 90 minut. Tymczasem działania związane z zagrożeniem z powietrza mogą oznaczać ograniczenie lub zamknięcie przestrzeni na ponad godzinę.
Wystarczy, że czas takiego alarmu nałoży się w jakiejś części (choćby na 5 minut) na jeden z dwóch zaplanowanych lotów, aby konkurencja nie mogła się odbyć w normalnych warunkach. Przy kilku dniach zawodów nie jest to już czysto teoretyczne ryzyko, bo prawdopodobieństwo, że przynajmniej jeden lot trafi w okres ograniczenia przestrzeni, szybko rośnie. Im więcej prób, tym większa szansa, że za którymś razem zdarzenie losowe wystąpi.
Czy reakcja jest nadmierna?
Można zgadzać się z premierem albo nie, uważać reakcję Polski za nadmierną, niewystarczającą albo adekwatną. To jednak w tym przypadku nie ma znaczenia. Rząd i Dowództwo Operacyjne działają według określonych procedur i priorytetów. I właśnie o praktycznych konsekwencjach wspomnianych procedur jest ten tekst, a nie o tym, czy rosyjskie pociski przelecą do Polski. Sama procedura związana z obroną polskiej przestrzeni powietrznej powoduje konsekwencje dla uczestników i organizatorów zawodów, nawet jeśli nie będzie realnego niebezpieczeństwa dla mieszkańców Krosna.
Trzeba też pamiętać o specyfice lotnictwa wojskowego. Myśliwce operują z ogromnymi prędkościami, więc w przypadku zagrożenia wyłączony z lotów cywilnych obszar może być znacznie większy niż strefa, w której faktycznie występuje zagrożenie ze strony pocisków czy dronów. Samolot bojowy nie czeka przecież na granicy takiej strefy, w efekcie może przemieszczać się przez naszą przestrzeń powietrzną, reagując na sytuację. Dlatego zamknięcie dużego obszaru nie musi oznaczać, że zagrożenie obejmuje każdy jego punkt. Zamykana jest przestrzeń, której nasze samoloty potrzebują, żeby operować.
Puchar Gordona Bennetta z rosyjskimi zakłóceniami
Ciekawym przykładem był tegoroczny Puchar Gordona Bennetta. To prestiżowe zawody balonów gazowych rozgrywane od 1906 roku! W sierpniu 2026 załogi wystartowały z Niemiec i leciały m.in. nad Polską, w rejonie Mazur i przesmyku suwalskiego, gdzie musiały mierzyć się z rosyjskimi zakłóceniami nawigacji. Odbiorniki GPS potrafiły wskazywać pozycję, w której balon faktycznie nie mógł się znajdować. W innych momentach GPS po prostu przestawał działać i załogi musiały korzystać ze „starej szkoły” nawigacji.
Kolejne ciekawostki: Puchar Gordona Bennetta i krośnieńskie zawody odbywają się pod auspicjami tej samej Międzynarodowej Federacji Lotniczej (FAI), ale załogi wykorzystują zupełnie inne konstrukcje. Tam balony gazowe unoszone przez lekki gaz, a u nas balony na ogrzane powietrze, których wznoszenie zależy od różnicy temperatur.

